Bez hałasu

Poeci odchodzą cicho, bezszelestnie, w kapciach,
żeby nie zburzyć „porządku świata”.

Tylko ziemia przyjmuje ich ochotnie.

Potem kołyszą się wzdłuż torów kolejowych
na łodygach mleczy i ostów
z przypiętymi skrzydłami wierszy.

Ciepły wiatr z południa
uniesie ich nad głóg, nad sosnę,
nad chmurę ze złotym obrzeżem,
nad błękit…

Zostanie poezja, jak rozsypane prochy
na białych kartkach.


Boże Narodzenie

Moja matka
wypiekała Święta
ze słodkiego ciasta,
topiła mróz
na kuchennym piecu.
Z mąką na policzkach
wyglądała jak anioł,
który odpiął skrzydła
i położył na stolnicy.
Świeczki na choince
płakały z radości.
Kiedy pierwsza gwiazda
wpadła do garnka z grzybową
podarowaliśmy sobie
po kawałeczku
opłatkowej stajenki,

żeby się spełniło…

Tylko śnieg się nie zmienił,
jest taki sam jak wtedy,
zasypuje życzenia
i jej ostatni pocałunek,
zasuszony w zakamarkach
mojego policzka,

żeby się spełniło…


Ciepły październik

Siedzę w środku październikowej nocy
jak w brzuchu matki.
Jest wyjątkowo ciepło i przyjemnie.
Księżyc przewiązał mi oczy
miedzianą opaską.

Wczoraj zmarł mój kumpel, z klasy.
Czy śmierć jest zdziwiona
gdy się czasami pomyli?
Mogłaby wtedy powiedzieć „przepraszam”
albo chociaż się zawstydzić.

Daleko kołacze pociąg,
rozświetlone okna domów
są jak rozgrzewające plastry.
Gwiazdy, które umarły
jednak żyją.


Matka mówiła mi tyle razy-
„Nie spiesz się syneczku”.
Nie posłuchałem, dogoniłem jej śmierć.

Teraz prześcignął mnie facet w lusterku,
którego twarz jak pomięty karton
po słodyczach, dosycha na słońcu.
Muchy krążą coraz bliżej.

„A mówiłam, pomału syneczku”.

Jej głos, jak dzwon na Anioł Pański,
obija moje plecy.
Chciałbym pobiec z powrotem
przez drewniany próg
do jej wilgotnego fartucha.
Nocą uciec do przygasłej sobótki,
wrzucić w nią garść ziół
i leżeć pod pachnącymi gwiazdami.

„To niemożliwe syneczku,
na twoich śladach wyrosła nowa trawa”.