Łukasz Jarosz – ur. w 1978 roku, poeta, muzyk. Perkusista, wokalista i autor tekstów grup: Chaotic Splutter, Lesers Bend, Mgłowce, Zziajani Porywacze Makowców. Autor dziewięciu tomów poetyckich: ,,Soma” (2006), ,,Biały tydzień” (2007), ,,Mimikra” (2010), ,,Spoza” (2011), ,,Wolny ogień” (2011), ,,Pełna krew” (2012), „Świat fizyczny” (2014), „La forza delle cose” (2015, wydanie trójjęzyczne – polski, włoski, angielski), „Kardonia i Faber (2015). Laureat wielu konkursów poetyckich, m.in.: im. Krzysztofa Kamila Baczyńskiego, im. Rafała Wojaczka, im. Rainera Marii Rilkego. Jego debiutancka książka poetycka ,,Soma” została wyróżniona I nagrodą w ,,Konkursie Młodych Twórców im. Witolda Gombrowicza” Fundacji Kultury oraz otrzymała nagrodę ,,Złoty Środek Poezji” na najlepszy poetycki debiut książkowy (2007). ,,Pełna krew” została uhonorowana Nagrodą Literacką im. Wisławy Szymborskiej (2013), „Świat fizyczny” nominowany był do Nagrody Literackiej Nike. Jego wiersze tłumaczone były na język chorwacki, włoski, angielski, rosyjski, hiszpański, szwedzki i niemiecki. Publikował m.in. w „Harper`s Magazine”, ,,Tygodniku Powszechnym”, ,,Gazecie Wyborczej”, ,,Twórczości”. Mieszka w Żuradzie pod Olkuszem.


 Naganiacz

Kuli się lato. Wre jego mętna pieśń.
Stawia gładkie, niepewne kroki,
rozstawia kretowiska.

Idę przez sięgające do kolan trawy.
Ze srebrnym łańcuszkiem na szyi
i kłosem w gardle. I właśnie tu,

za zagonem lucerny, spotykam znajomego chłopca.
Niedawno był naganiaczem zwierząt.
Teraz mija mnie dumny, wyniosły.

To właśnie jemu pozwolono dziś po raz pierwszy
na zmiętej w rulon gazecie przenosić ogień
pod zgrabione kupy łęcin.


Ziemia

Pewnego wrześniowego dnia nie mieliśmy lekcji
i z wychowawczynią poszliśmy zbierać buraki pastewne
z pola naszego kumpla z klasy. Mieszkał z babką
(ojciec się powiesił, „matka mnie nie chciała”).
Wiózł nas ciągnikiem z przyczepą, na którą potem
wrzucaliśmy ciężkie, twarde bulwy.
Zrobiliśmy kilka kursów (więcej przy tym było
śmiechu niż pracy), a potem siedzieliśmy w ogrodzie
oparci o soczyste drzewa, gdzie dalekie słońce
mocno grzało mimo nadchodzącej jesieni.
Przyniósł nam kompot i świeżo zerwane orzechy włoskie.
Były gorzkie, farbowały na brązowo ręce.

Człowiek powstał z piachu. Ze skorup jest na nowo posklejany.
O tym pomyślałem dziś, gdy po latach spotkałem
tamtego kolegę. Prosił o drobne, miał pobrużdżoną twarz
od wieloletniego picia. Dałem mu pieniądze,
uśmiechnął się, podziękował i przed światłem
w otwieranym obok oknie zmrużył oczy,
w których nie było już nic.


Wiersz dla mojej matki

Po porodzie strasznie posypały mi się zęby – mówi,
owijając nitką wołowe rolady. Zobaczysz, gdy sam
będziesz miał dzieci – tłumaczy się i ostrzega.

Jestem ciałem, mam z nim różne przygody. Nalewam
wodę do wanny, by wykąpać córkę. Rano na jej roczek
pompowałem balony, które szybko pękały w czerwcowym słońcu.


Elekcje

Rozmowa moich uczniów: „Co będziemy tam
w niebie robić?”„Tańczyć?” Ich jasna pieśń, monety
wdeptane w ziemię. Koło rondka garstka ludzi,
chcących dotrzeć do celu, który im wyznaczono.
I ojciec, który uderza syna, ale lekko, bez przekonania.

Wracam do domu. Łuskam bób, rozdzierając kciukiem
zielone łupiny. Przed ganek wynoszę worki śmieci.
Nocą bezpańskie, wygłodniałe psy rozszarpują je na strzępy.


Królestwo

Ten upał, poskręcana rzeka wyrzucająca na brzeg
owinięte roślinami zabawki i łby zarżniętych świń i krów.
Długie zęby wymyte wodą i żwirem.

Ten pomost, boisko, rana smarowana sadłem,
owijana chustką, by nie zobaczyli wychowawcy.
Niemy starzec wygrażający nam protezą

i tamten dzień – chudy, upośledzony chłopak przywarł
do siatki ogrodzenia, szarpał ją i wrzeszczał, a kumple
pękali ze śmiechu, gdy nie dał się zaciągnąć matce do domu.

Nie ma wybawienia. Nie ma ucieczek. (Pamiętasz tę opowieść
o bogu połykającym swoje winne czy niewinne dzieci, o wężu,
znoszącym na kamieniach jajo, z którego wychodzi

nagi mężczyzna – cuchnący pijaczyna bez sumienia?)
Oderwali go w końcu od siatki, ojciec zatargał do ganku.
Chłopak ślinił się. Wyglądał jakby miał usta pełne gęsich piór.


Święto żywych

Już ktoś zapalił świeczkę pod pomnikiem
lotnika. Wczoraj cofnęliśmy czas.

Za chwilę skończę pisać, wyjmę córkę z wanny,
uśpię i wykąpię się w wodzie po niej.


Pełnia

Nadchodzi burza, plamy rozjaśniające
ciepłą noc, przełęcz światła karmiąca
maciejkę i wrotycz. Na boisku nasłuchujemy
z córką: Ona – wiatru, ja – Boga bawiącego się
materią jak kamykiem. Dla komarów
jesteśmy pochodniami z krwi.

Rozpalam ognisko ze starych papierów –
w zeszycie uwag moich uczniów znajduję zdania:
„Przyglądał się bójce”, „Dwa razy brak katechizmu”.
Ostatnie płonące wyrazy, które udaje mi się odczytać
z gazetki świadków Jehowy, brzmią: „niewolnicy Boga”,
„na pewno umrzesz” oraz „żywi nie wiedzą nic”.


Wujek Rysiek wyprowadza się z domu w Domaniewicach

Dłużej nie wytrzyma, mając za towarzystwo jedynie psa i pszczoły
w pasiece. Dziś jadę z rodzicami odwiedzić go w tym domu
po raz ostatni. Ostatni raz spojrzeć na stodołę, szopę, sad.
Gdy już wszyscy siedzą i rozmawiają,
wymykam się na podwórko. Chodzę między zagrodami,
ważę w dłoni siekierę, obserwuję jak żywica
ociężale spływa po korze jabłoni.

Myślę o znamionach upływu czasu, którym świadkujemy –
czasem zostaje trochę tego w puchu pleśni na marynacie,
na niedokładnie ogryzionych kościach, w sitku na dnie wanny
lub w mokrych liściach, na które teraz patrzę.
Chłodne popołudnie. Zapach porąbanego drewna.
Z zamyślenia budzi mnie zgrzyt uruchamianej w oddali kosiarki.
Zirytowany wracam na obiecaną wódkę i śledzia.
Sadowię się na tapczanie naprzeciw okna.
Za szybą pożółkły sumak, wiśnia, leszczyna.
W ustach zimne, rybie mięso.


Ćmy

Do światła przylatują złośliwe o tej porze, tłuste ćmy.
Kurz krąży w powietrzu, mimowolnie nim oddycham.
Biorę w dłonie różne przedmioty, by na chwilę
oddalić obowiązek napisania do ciebie. Obok sterta
gazet, klucze, obgryziony paznokieć wdeptany w dywan.

Przykładam dłoń do świszczącej szpary w drzwiach.
Czuję jak wieje. Jeszcze należymy do tego świata.
Zwężają się nam źrenice, gdy jezioro powtarza blask słońca,
gdy w oczy uderza jasny kwadrat otwartego okna.


Fale

Zamoczyłem zaschnięte pędzle, starłem
swędzącą kroplę z twarzy. Kiedyś też, tak jak
moja córka, patrzyłem w górę i biegłem za samolotem.
To było wtedy, zanim zacząłem krzyczeć w sobie, że nie
chcę być na tej rozkołysanej ziemi taką twarzą, takim ciałem.
Z gąbczastymi płucami uczulonymi na pył słomy i siana,
z językiem, który nie daje świstu kamienia,
ciemnego smaku orzechów, zamachu motyki.

Takie przydarzyły mi się słowa. Choć mogłem być
gdzie indziej, gdzie indziej chciałem was zabrać.
Lecz mój głos kostniał jak śmierć. Nad nią przezierała
ostra cięciwa świtu, nieruchomiała planeta.
Sosny skrzypiały jak skrzeczy wrona.