Dorota Górczyńska – Bacik (ur. 1980 w Olkuszu) – poetka i aktorka teatralną. Absolwentka Wszechnicy Świętokrzyskiej w Kielcach. Swoją przygodę z teatrem rozpoczęła w wieku 14 lat w lokalnej grupie teatralnej Miejskiego Domu Kultury w Olkuszu. Następnie występowała na deskach teatrów: „Warszawski” oraz „Kleopatra” w Krakowie. W 2006 r. wyemigrowała do Anglii, gdzie kontynuuje swoje artystyczne zainteresowania. Od 2011 r. jest aktorką „Teatru Syrena”, działającego przy Polskim Ośrodku Społeczno-Kulturalnym w Londynie. Na swym koncie ma również role w filmach polskiej i angielskiej produkcji. Przy Polskiej Rzymsko-Katolickiej Parafii Luton/Dunstable prowadzi grupę teatralną, dla której pisze scenariusze, reżyseruje spektakle i występuje jako aktorka. Poza teatrem pasjonuje się poezją, fotografią artystyczną, malarstwem, muzyką oraz wschodnimi sztukami walki. Trenowała m.in. Tea-Kwon Do i Ju Jitsu. Przez wiele lat była wolontariuszką w hospicjum. Obecnie pracuje w firmie zajmującej się handlem nieruchomościami, a także jako wolontariuszka w policji. Swoje wiersze zamieszczała dotąd jedynie w Internecie. Tomik „Moje manowce” jest Jej debiutem książkowym.

Przedruk z okładki tomiku poezji Doroty Górczynskiej-Bacik „Moje manowce”
wydany przez Pana Ryszarda Mierzejewskiego Pieszyce 2017



WIERSZE Z TOMIKU: MOJE MANOWCE

Melancholia
Tłucze się połamanymi skrzydłami melancholia
w mojej glowie.
Uśmiech niczym liść opadł na zabłocone kalosze,
szuram nim teraz po brudnym asfalcie.
Kiedy wraz z mrozem zamieni się w diament,
powypycham nim sobie kieszenie.
Ale jeśli jesień zechce zostać do wiosny,
melancholia znów stanie się więźniem złowieka,
który chodzi z uśmiechem przyczepionym do kaloszy.


PAJAC
Usiadł pajac na ławce i siedzi.
Zdjął czapkę wariata,
schował skrzętnie do kieszeni.
Patrzy przed siebie, bo i gdzie będzie patrzył
niedojda jeden.
Mijają go ludzie
w pospiechu,
w uśmiechu,
czasem w podskokach.
Co nieostrożniejszy potknie się czasem
o jego stopy.
Przeklnie taki pod nosem, z przekąsem,
lecz nikt nań nawet nie spojrzy.
I siedzi sobie pajac pod sosną,
coraz smutniejszy,
coraz bardziej markotny.
Spogląda w wodę, co z deszczu powstała,
szuka siebie
takiego naprawdę
zwykłego,
nudnego,
z pochmurnym spojrzeniem
i takiego, co czasem pomarudzi,
że znowu deszcz pada,
gdy on właśnie myślał o słońcu.
I że kaczeńce zbyt żółte,
a wariat wiatr znów
gna na złamanie karku

Nie znalazł
Teraz ławeczka pusta stoi
i tylko ludzie się dziwią,
że przechodząc obok,
nie potykają się już o te same kamienie.


Nie umiera się w maju
W maju umieranie jest zabronione.
Zima jest lepsza na odchodne.
Wtedy nie żal
kumkania żab,
pachnących sosen
i wiatru, który pieści, niczym tajemniczy kochanek,
wplatając ręce w rozwiane włosy swej wybranki.
Boże,
jesli słyszysz,
nie pozwól mi odejść na wiosnę.
Wybieram deszcze grudniowe lub te listopadowe.
Takie, co to palcami
stukają po parapecie
i zmuszają świece do jasności.
Iść cicho pomału ku niebu,
w grubych skarpetach,
a po drodze
spotkać
padający
śnieg.


Dom drewniany
Zbudowałeś sobie dom we mnie,
drewniany,
nie lubisz wszakże zimnych murów.
Wymościłeś sobie fundament
z gałęzi moich uczuć.
Stoi teraz dumnie pałac
dostojny,
stabilny,
w którym ty jesteś panem.
I z kominkiem, w którym co wieczór
rozpalasz tańczący ogień.
A ja, cóż,
jestem tylko domem
drewnianym,
według zamysłu twórcy.
Uważaj więc z ogniem, kochany.
Drewno zbyt szybko płonie.


Rozmowa
Czym jestem? – zapytał kamień.
Strapiłam się, bo jakże wytłumaczyć
kamienne jego przeznaczenie.
– Więc jesteś nieczuły – zaczęłam
nieśmiało – w twardej skorupie,
czasem wydaje się, że bez serca
i bez drzwi.
Głuchy na innych wołanie,
czasem inni potykają sie o ciebie
a czasem również i na tobie się rozbijają.
Chwilami lśnisz w słońcu, gdy krople
żywego deszczu tańczą na twoim ciele,
aby po chwili znów stać się
szaro ciemnym bez serca głazem.

– Kim jestem ja? – dumnie zapytałam kamienia.
– Jesteś kamieniem – smutno odpowiedział kamień.


Modlitwa
Proszę
o ciepły szlafrok po kąpieli taki,
jak zawsze,
o kawę, która tam, gdzie zwyczajna
i wodę w czajniku.
O spokojne wieczory
i ranki, co czasem może zbyt szybkie,
i o skarpetki bez pary,
dni pomylone
i te pomylone jeszcze bardziej.
O bezpieczne oczu zamknięcie
i ponownie ich otwarcie.
O telefon, gdy kładę się spać
i wyzytę przyjaciół bez zapowiedzi.
O spokojny oddech męża, gdy zasypia
i kolejny jego poranek.
Proszę, Boże,
to tyle na dziś,
dziękuję
i
amen!